Nieuchwytna

“Po brawurowej ucieczce przez miesiąc skutecznie unikała ujęcia” – donosił Polsatnews

“Uciekła i jest nieuchwytna”  – “Jej tropiciele oceniają, że jest szybka i świetnie radzi sobie w zaroślach” – “Na miejsce pojechał weterynarz z myśliwym, którzy mieli zatrzymać zwierzę” – “Krowie udało się zbiec podczas próby załadunku do transportu” – informował TVP Info.

Z podziwu nie mógł wyjść polityk Paweł Kukiz, który – jeszcze przed śmiercią zwierzęcia – nazwał krowę „bohaterką” i „twardzielką”. Na swoim Facebooku pisał, że “uciekała bohatersko i wpław przedostała się na wyspę (…) nie uległa strażakom i wciąż trwa na polu walki”. Kukiz przyznał się, że nie jest wegetarianinem, ale “hart ducha i wola walki o życie tej krowy jest nie do przecenienia”. Postanowił “dać jej gwarancję” dożycia emerytury i naturalnej śmierci w gospodarstwie agroturystycznym.

Gdy było już po wszystkim, Strefa Agro obwieściła, że “złapana po kilkugodzinnej obławie ze stresu padła w transporcie”.

Bohaterka narodowa, ukrywająca się w lesie partyzantka, inteligentny zbieg z transportu do celi śmierci, a może bohaterka spaghetti westernu? Tak snuto opowieść o hodowanej na mięso krowie rasy Limousine, która nie dość, że uciekła ze skupu, gdzie hodowcy sprzedają zwierzęta na rzeź, to przez miesiąc nie dawała się złapać i mieszkała na wyspie Jeziora Nyskiego w województwie opolskim. Jej historią zainteresowały się także media zagraniczne, takie jak The Independent, Huffington Polst, czy BBC news.

Jakby pochwał było mało, starosta opolski w relacji filmowej Faktu skonstatował: „dzielna krówka, taki nasz komandos powiatowy”. Kiedy jeszcze żyła, zadeklarował, że odkupi ją od właściciela i zapewni utrzymanie do naturalnej śmierci w rezerwacie dla koni, ze środków z programu bioróżnorodności.

Ironia losu tej krowy polega na tym, że śmierć zastała ją w momencie, gdy postanowiono już jej nie zabijać. Umarła, gdy złapano ją tylko po to, by zapewnić transport do miejsca, w którym miała żyć długie lata.

Na ironię kulturową zakrawa fakt, że krowie chciano „darować” życie, tak jakby wcześniej utraciła do niego prawo robiąc coś złego. Postanowiono „nagrodzić” ją odwołaniem transportu do rzeźni, bo wykazała się determinacją, wytrzymałością, samodzielnością, wzbudziła skojarzenia z walką o wolność.

Innymi słowy, wszystkie krowy, które nie wyrwały się pracownikom skupu i nie uniknęły transportu do rzeźni już jak najbardziej „zasługiwały” na śmierć. Nie były „twardzielkami”, nie zauważył ich więc jedzący zwierzęta polityk czy starosta i nie przyznał „nagrody”.

Wszystkie krowy hodowane na mięso i dla mleka, oraz inne zwierzęta hodowane na mięso, dla mleka czy dla jajek są dla mediów przezroczyste, jeśli same nie uciekną spod noża. Dla żądnego sensacji dziennikarza nie mają cech indywidualnych, zlewają się w masę, która bezwolnie daje się eksploatować. Jedzący zwierzęta polityk doceni je co najwyżej na talerzu. Czy media w ogóle mówią o eksploatacji zwierząt? Czy politycy interesują się tym tematem, choćby w kontekście legislacji? Tak, ale pod jednym warunkiem: rozmowa nie może wychodzić poza kwestię metod eksploatacji. Słowo “humanitarny” odmieniane przez wszystkie przypadki musi iść w parze z chowem, hodowlą i ubojem. Podważanie samej eksploatacji jest nie na miejscu.

W retorykę “darowania” życia zwierzętom, którym życie jest rutynowo odbierane, wpisuje się coroczne „ułaskawienie” jednego indyka (co za szczodrość!) przez Prezydenta Stanów Zjednoczonych przed Świętem Dziękczynienia. W tle tej uroczystości jest oczywiście hodowla i rzeź ponad 40 milionów indyków, które lądują na stołach Amerykanów jako danie nr 1 Thanksgiving Day. I tak, jak w społecznej percepcji nie ma sprzeczności pomiędzy „ułaskawieniem” jednego indyka i zabiciem milionów jego ziomków, tak i darowanie życia jednej krowie współistnieje ze zgodą na zabijanie milionów innych krów.

Ironia historii tej krowy jest zatem również taka, że im bardziej ona sama staje się (na krótko) gwiazdką mediów, tym bardziej pod każdym względem podobne do niej zwierzęta, które cierpiały na fermach a potem pojechały do rzeźni, pozostają (na długo) niewidoczne, nieważne, zapomniane. Jej historia nie jest dźwignią, która podnosi temat krzywdzenia zwierząt, lecz pretekstem do rozmowy o tym, co doceniamy u ludzi (determinację, hart ducha, itp.). Ona sama nie jest podmiotem własnej historii lecz przedmiotem historii naszej.

Swoją drogą, biorąc pod uwagę jak krótkie medialne życie mają takie historie, nawet gdyby krowa przeżyła, a my przeżylibyśmy medialnie szczęśliwy finał oglądając zdjęcia krowy w rezerwacie starosty, jestem prawie pewna, że żaden dziennikarz nie zaglądnąłby za miesiąc, ani tym bardziej za rok, by sprawdzić, czy krowa nadal korzysta ze środków funduszu bioróżnorodności.

Media mediami, ale branża reklamowa wspierająca eksploatację zwierząt, regularnie robi jeszcze bardziej zadziwiający manewr: zamienia ofiary w radosnych ochotników. Tworzy mit krów ochoczo dających mleko, indyków radośnie oddających mięso. Mit otacza nas w dziesiątkach tysięcy odsłon i akceptujemy go bezrefleksyjnie. Gdybyśmy poświęcili mu chwilę refleksji musielibyśmy uznać, że został stworzony przez psychopatę i mielibyśmy chyba złe zdanie na własny temat, że ulegliśmy takiemu złudzeniu.

Ostatnio natknęłam się na logo francuskiej firmy produkującej sery – „La vache qui rit” – śmiejąca się krowa. Czy śmieje się ona z tego, że jest regularnie sztucznie zapładniana i rodzi cielęta, które są od niej szybko zabierane, by laktacja mogła zostać komercyjnie wykorzystana? Czy jest szczęśliwa z selekcji hodowlanej, która sprawia, że jej wymiona są tak wielkie, a laktacja trzy razy większa niż laktacja jej przodkiń żyjących 100 lat temu? Czy cieszy się z chorób wymienia, które są tego rezultatem, czy chichra się na samą myśl, że odebrane jej dzieci skończą tak jak ona lub pojadą do rzeźni na cielęcinę? A może tarza się ze śmiechu wyobrażając sobie własny transport do ubojni?

Eksploatacja zwierząt, a więc krzywdzenie ich, zadawanie im fizycznych i psychicznych cierpień oraz odbieranie życia w ramach biznesowego planu byłaby może usprawiedliwiona, gdyby produkty takie jak mleko, jaja czy mięso były nam niezbędne do życia. Rzecz w tym, że nie są. Możemy zaspokoić głód, zapotrzebowanie na składniki odżywcze, a nawet zadowolić podniebienie na tysiące różnych sposobów, stosując dietę roślinną. Możemy nosić wygodne i ładne ubrania bez skóry, wełny czy futer. Jeśli podważamy niepotrzebne krzywdzenie psów i kotów, nie pozostaje nam nic innego jak podważyć niepotrzebne krzywdzenie krów i indyków (i wielu innych zwierząt, które są zdolne do cierpienia, i którym – jak mówił filozof Tom Regan – nie jest wszystko jedno, co dzieje się z nimi w świecie).

Sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt musi zacząć się na poziomie serca i sumienia każdego z nas. Musi dotyczyć indywidualnych zwierząt, ale nie może obejść się bez uogólnienia. Jeśli mój pies, to wszystkie psy. Jeśli krowa z Jeziora Nyskie, to wszystkie krowy. Jeśli ochrona zwierząt domowych, to weganizm wobec wszystkich zwierząt. W przeciwnym razie, wobec czujących istot będziemy dysponować tylko powierzchownym wzruszeniem i faktyczną akceptacją krzywdy na ogromną skalę, której częścią jesteśmy dziś głównie przez brak głębszej refleksji.

Czytaj dalej:

 


Katarzyna Biernacka
Katarzyna Biernacka

Zajmuję się prawami zwierząt i jestem weganką. Przez 10 lat (2006-2016) działałam w Stowarzyszeniu Empatia. Interesuję się krytycznym (oraz bezkrytycznym) myśleniem i psychologią społeczną. Prawa człowieka są dla mnie oczywistym punktem odniesienia w temacie praw zwierząt. Z wykształcenia jestem nauczycielką angielskiego. Od jakiegoś czasu, w ramach wolontariatu, uczę polskiego. Lubię pisać, czytać i mówić (kolejność tego lubienia bywa różna).

Czytaj także