Dlaczego ciągle rozmawiamy o okrucieństwie

Okrucieństwo najczęściej rozumiemy jako zadawanie komuś cierpienia dla własnej przyjemności. Sprawcą kierują sadystyczne skłonności.  – A masz! Kopnę cię i jak zawyjesz z bólu, to będę się z tego cieszył.

Okrucieństwo, sadyzm, odraza

W okrucieństwie najczęściej chodzi o zadawanie cierpienia fizycznego, ale można też być okrutnym powodując strach, przerażenie, grożąc i upokarzając. – Słuchaj mnie gówniarzu, bo jak nie, to popamiętasz! – Do niczego się nie nadajesz! Jak mogłem się ożenić z takim zerem!

Okrucieństwo to zatem tandem przemocowego działania i sadystycznej skłonności. Skoro tak, to nie możemy go stwierdzić tylko na podstawie tego, co stało się ofierze. Musimy znać stan umysłu sprawcy. Czy kopnął, bo się wystraszył, czy dlatego, by sprawić ból i się z tego cieszyć? Czy groził karą za nieposłuszeństwo z lęku o dziecko, czy dlatego, że chciał, by drżało przed nim ze strachu? Czy nazwał żonę zerem, bo był zmęczony i rozczarowany małżeństwem, czy dlatego, że chciał nad nią dominować poprzez upokarzanie i wprawianie w poczucie bezradności?

Kiedy mówimy o okrucieństwie, zazwyczaj myślimy także, że działanie jest podejmowane bezpośrednio przez sprawcę, bez pośredników, pomocników, czy najętych do tego wykonawców. Sprawca sam używa do okrutnego czynu własnej ręki, pasa, noża lub słowa lub wykorzystując relację podległości – przewagę finansową, status społeczny, pozycję władzy. Przemocowy rodzic, mąż, szef, szanowany urzędnik, polityk.

Okrucieństwo oczywiście odnosi się także do działań ludzi wobec zwierząt. Najczęściej będzie to przemoc fizyczna, ale jak najbardziej może być to także wzbudzanie strachu, drażnienie, wyuczanie bezradności. Ponieważ okrucieństwo kojarzymy ze stanem umysłu sprawcy i z działaniem bezpośrednim, przykłady, które od razu przychodzą na myśl to ludzie znęcający się nad zwierzętami domowymi, myśliwi, naukowcy przeprowadzający eksperymenty na zwierzętach i rzeźnicy.

Skojarzenie z okrucieństwem nasuwa się natychmiast w zetknięciu ze „spektakularnymi” przypadkami zadawania cierpienia i śmierci psom czy kotom. Szczególnie jeśli sprawcy nie odnoszą korzyści finansowej z popełnianych czynów, to wniosek wyciąga się sam: muszą to robić dla przyjemności. Wszystko się zgadza: jest (domyślny) stan umysłu i działanie bezpośrednie. Diagnoza: okrucieństwo.

Ponieważ sadyzm w czystej postaci wzbudza odrazę, doniesienia o takich czynach są bardzo „klikalne”, wywołują lawinę komentarzy nawołujących do zemsty i wyrażających regułę „oko za oko” i są potem łatwo przywoływane z pamięci jako sztandarowe przypadki okrucieństwa wobec zwierząt.

Myślistwo jest postrzegane podobnie. Znowu mamy do czynienia z działaniem bezpośrednim (choć często sprawcę wyposażonego w nowoczesną broń palną może od ofiary dzielić całkiem spora odległość). Jeśli zaś chodzi o stan umysłu, czy skłonności polujących, to mocne wskazówki daje nam już sama branża preparowania trofeów myśliwskich i rytuał robienia sobie zdjęć z martwymi ofiarami upozowanymi na żywe, lecz ułożone w pozycji poddańczej.

Czy jest to przyjemność płynąca z zadawania cierpienia, czy może ekscytacja zabijaniem jako najwyższą formą sprawowania kontroli nad czyimś życiem? Tak czy owak pewne tropy wiodą ku okrucieństwu. Gdyby chodziło tylko o przykry obowiązek regulowania przyrody (jeśli ktoś już wierzy w taką regulację), nie byłoby trofeów i zdjęć z zabitymi zwierzętami. I znowu, jeśli tak na to spojrzymy, to budzi się odraza. Co ciekawe, odrazy nie budzi raczej ani pokrewne myślistwu wędkarstwo, ani rybołówstwo – gałąź gospodarki polegająca na polowaniu na dzikie ryby.

Wielu zapyta retorycznie, kto chciałby zostać rzeźnikiem, gdyby nie odczuwał przyjemności z zabijania? Rzeczywiście, przeciętnemu człowiekowi trudno sobie wyobrazić wybór zawodu polegającego na zabijaniu od rana do wieczora. Dlatego rzeźnicy nie cieszą się społecznym szacunkiem i zaufaniem. Większość z nas nie zabija zwierząt kręgowych, a większość tych, którzy to robią (np. na wsi, albo w mieście przed Wigilią), nie robią tego aż tak często.

Nasz brak szacunku do rzeźników przeradza się w odrazę, gdy oglądamy nagrania z rzeźni robione przez aktywistów, gdzie pracownicy rzeźni nie tylko wykonują legalne czynności niezbędne do odebrania zwierzęciu życia, ale także łamią prawo niejako nadprogramowo bijąc czy kopiąc zwierzęta. Szczególnie to cierpienie nazwane w kontekście rzeźni „niepotrzebnym” postrzegamy jako okrucieństwo.

Przez internet przewija się wiele zdjęć i filmów z eksperymentów na zwierzętach. Testowanie żrących substancji na skórze i oczach, podawanie dożołądkowo trucizny, by sprawdzić w jakim tempie zwierzęta będą umierać, oddzielanie młodych od matek, by obserwować rozwój choroby sierocej, wyuczanie bezradności poprzez pokazanie zwierzęciu, że cokolwiek by nie zrobiło, to i tak nie uniknie porażenia prądem. Słowem, scenariusze jak z horroru. Włosy stają dęba, wielu ludzi popiera kampanie przeciwko eksperymentom na zwierzętach i podejrzewa eksperymentatorów o skłonności do okrucieństwa.

Filozof Tom Regan w książce „The Case for Animal Rights” pisze, że okrucieństwo może być nie tylko czynne, ale także bierne: można nie tylko bić ofiarę, ale np. powstrzymać się od jej karmienia. Głodzenie, choć mniej spektakularne niż okaleczanie, także prowadzi do cierpienia. Okrucieństwo, jak pisze Regan, może wynikać nie tylko z przyjemności z zadawania komuś cierpienia (sadyzm), ale także z obojętności na czyjeś cierpienie („nieludzki” brak litości). Przy tak poszerzonej definicji okrucieństwa wciąż skupiamy się na stanie umysłu sprawcy, ale zdajemy sobie sprawę, że nie każdy sprawca będzie sadystą. Będziemy mogli również zastanowić się, z czego wynika obojętność, czym jest brak litości.

Okrucieństwo – czubek góry lodowej

Wydawałoby się, że rozprawiając się z okrucieństwem, zakończymy niepotrzebne cierpienie zwierząt. Jednak w zderzeniu z rzeczywistością, ta intuicja okazuje się błędem. Uważam, że dopóki rozmawiamy wyłącznie o okrucieństwie, rozumianym jako czyny wymagające określonego stanu umysłu sprawcy i jego bezpośredniego kontaktu z ofiarą, dopóty dotykamy tylko czubka góry lodowej problemu, jakim jest niepotrzebne krzywdzenie zwierząt.

Czubek góry lodowej jest metaforą często używaną dla zobrazowania skali problemu i sposobu jego postrzegania. I faktycznie, skala krzywdzenia zwierząt jest ogromna, podczas gdy my skupiamy się na niewielkim ułamku problemu. Choć koncentrujemy się na okrucieństwie, to siłą napędową krzywdzenia zwierząt wcale nie jest ani sadystyczne okrucieństwo, ani nawet brak litości.

Czym jest zatem góra lodowa, której tylko czubek dostrzegamy? Dowiemy się tego dopiero wtedy, gdy odłożymy na bok emocjonujące nas okrucieństwo dotyczące znęcania się nad zwierzętami domowymi, dzikimi i nadprogramowym zadawaniu cierpienia zwierzętom w rzeźni. W samej Polsce rocznie cierpi i umiera przedwcześnie ponad 800 milionów zwierząt gospodarskich i prawdopodobnie drugie tyle ryb. Nie jest to związane z okrucieństwem, którego dopuszcza się dla własnej przyjemności armia sadystów.

To gałąź gospodarki oparta na legalnej eksploatacji i zabijaniu zwierząt, która pozwala pewnej grupie ludzi zarabiać na życie, a większości społeczeństwa prowadzić styl życia, którego stałym elementem jest konsumpcja produktów takie jak jaja, mleko i plejada produktów nabiałowych, mięso, wędliny, odzież skórzana, wełniana czy futrzana. Eksploatacja ta wiąże się z zadawaniem fizycznego i psychicznego cierpienia setkom milionów zwierząt i z przedwczesnym ich zabijaniem. Oto nasza góra lodowa, którą pomijamy milczeniem, skupiając nieproporcjonalną ilość uwagi na jej czubku – czyli okrucieństwie wobec zwierząt definiowanym przede wszystkim jako sadyzm lub brak litości.

Jeśli zdarza nam się spojrzeć na naszą, zazwyczaj niedostrzeganą, górę lodową to tylko na tę część, gdzie znajdują się szeroko rozumiani producenci – hodowcy, przewoźnicy i rzeźnicy. Spoglądamy na nich z odrazą głównie wtedy, gdy dopuszczają się zachowań, które wychodzą poza zapewnienie produktów, których obecności żądamy w sklepach z żywnością i odzieżą oraz w restauracjach i na stołówkach. Dopiero to nadmiarowe w naszym mniemaniu,  niepotrzebne cierpienie nazywamy  okrucieństwem.

Natomiast każde cierpienie i śmierć zadane w ramach regularnej produkcji jest dla nas tak oczywiste, że nie pojawia się w polu widzenia. Gdyby ktoś nas przycisnął, musielibyśmy z lekkim zażenowaniem przyznać, że to jest właśnie „potrzebne” cierpienie i śmierć. Ale potrzebne do czego? Odpowiedzią nie ma się za bardzo czym chwalić, bo musielibyśmy przyznać, że chodzi o utrzymanie gałęzi gospodarki (choć można zamiast tego produkować żywność roślinną i odzież bez skóry, wełny i futra) i utrzymanie naszego stylu życia (choć do życia wystarczy nam dieta roślinna i odzież z włókien roślinnych lub sztucznych).

Czy można to nazwać sadyzmem? Skąd! Przecież nikt nie odczuwa przyjemności z cierpienia zwierząt. Na pewno nie konsumenci. Czy można to nazwać brakiem litości? Być może bywa tak w przypadku producentów, ale przecież konsumentów o to  oskarżać nie można. Oni nie mają styczności ze zwierzętami, z których eksploatacji korzystają. Konsumując jaja, sery, mleko czy mięso, nosząc skórzane buty i kurtki czy wełniane swetry nie muszą nawet minuty poświęcić myśleniu o tych “niewidocznych” zwierzętach.

Znam to z autopsji, nie musiałam o tym myśleć ani nikomu się z tego tłumaczyć. Tak działa systemowy szowinizm gatunkowy, czyli przekonanie, że zwierzęta są z założenia gorsze od człowieka i w związku z tym można je traktować instrumentalnie, jak zasoby, narzędzia, surowiec i maszyny. Ich interesy, nawet najważniejsze takie jak życie i zdrowie, mogą być podporządkowane naszym, nawet stosunkowo trywialnym, interesom takim jak styl życia.

Mimo tego, że odrzucamy sadyzm, jako niezgodny z naszym stylem życia, to nie odrzucamy eksploatacji zwierząt. Okazuje się, że jest ona zgodna z naszym stylem życia, a nawet stanowi dla niego niezbędne zaplecze. Jaki mamy do niej stosunek, żyjąc w systemowym szowinizmie gatunkowym – utrwalanym przez wychowanie, edukację i kulturę? Obojętny.

Jest to obojętność tak oczywista, że aż przezroczysta. Obojętność, której nie trzeba artykułować, definiować, usprawiedliwiać ani bronić. Paradoksalnie im bardziej oburzamy się aktami okrucieństwa, tym nasza obojętność wobec eksploatacji zwierząt pozostaje nienaruszona. Możemy podpisywać dziesiątki petycji w sprawie ukarania sprawcy brutalnego zabicia psa, jedzenia psów w Chinach, zabijania fok w Kanadzie (ostatnio też w Polsce), bicia słoni w cyrkach i równocześnie spokojnie jeść na śniadanie jajecznicę, iść do pracy w skórzanych butach, zamówić w restauracji kotleta schabowego, a na kolację zrobić sobie chleb z żółtym serem.

Dopóki będziemy się skupiać na cudzym okrucieństwie i nie zabierzemy się za nasz własny szowinizm gatunkowy i naszą obojętność wobec eksploatacji zwierząt, dopóty góra lodowa jaką jest krzywdzenie zwierząt nie zacznie topnieć i pozostanie wielka, twarda i niewzruszona. Weganizm nie jest żadnym heroicznym czynem ani niezwykłym przedsięwzięciem, którego realizacja zajmuje 20 lat. Jest przekroczeniem obojętności, wzięciem odpowiedzialności we własne ręce, a z praktycznego punktu widzenia – po prostu zestawem zmodyfikowanych nawyków.