Czego uczą nas antyszczepionkowcy, tak serio

Na zakup książki „Światy równoległe. Czego uczą nas płaskoziemcy, homeopaci i różdżkarze” zdecydowałam się z dwóch powodów. Po pierwsze interesuje mnie fenomen zaufania do tzw. medycyny alternatywnej, spiskowe formy opisywania świata i wnioski, jakie można z tego wyciągnąć dla krytycznego myślenia i praw zwierząt. Po drugie, męczy mnie płytkie i wyższościowe wyśmiewanie takich przekonań. Dlatego obiecujące wydało mi się podejście autora – Łukasza Łamży, który jest dziennikarzem naukowym, filozofem i członkiem redakcji Tygodnika Powszechnego. We wstępie stwierdził on, że pisanie tej książki nie było dla niego okazją do kpin, lecz wynikało z chęci wniknięcia w ludzkie motywacje.

W moim wpisie postanowiłam skupić się tylko na jednym (ostatnio znowu gorącym) temacie, bo poruszenie większej ilości (a zapewniam, że wszystkie są bardzo interesujące) skończyłoby się artykułem na parędziesiąt stron.

Wybraną przeze mnie kwestią jest ruch antyszczepionkowy. Już samo używanie słowa „antyszczepionkowiec” może być niebezpieczne dla krytycznego myślenia, bo etykietowanie ludzi prowadzi często do uogólnień i uproszczeń na temat grupy, do której należą. Ale o tym nieco później. Na początek, za autorem, zrelacjonuję historię sztandarowego bohatera nurtu sprzeciwu wobec szczepień, Andrew Wakefielda, który pozostaje antyszczepionkowym bohaterem mimo tego, że 10 lat temu, badanie, na którym oparł antyszczepionkowe tezy, zostało całkowicie zdyskredytowane. Niby wszyscy coś słyszeli, ale uważam, że warto przypomnieć co właściwie się stało, bo historia ta jest nie tylko rzeczywiście niesamowicie dyskredytująca (obnaża wadliwość badania i stronniczość badacza), ale również paradoksalna.

W 1998 roku lekarz Andrew Wakefield opublikował w prestiżowym czasopiśmie The Lancet artykuł naukowy opisujący historię medyczną dwanaściorga dzieci, u których pojawiły się zaburzenia zachowania (głównie językowe) i choroby jelit. Choć przewodnia teza artykułu mówiła o współwystępowaniu powyższych chorób, dodatkową informacją było, że u ośmiorga dzieci zaburzenia zachowania pojawiły się po podaniu dzieciom szczepionki MMR (przeciwko odrze, śwince i różyczce). Właśnie od tego artykułu, w środowiskach antyszczepionkowych zaczęto kojarzyć tę szczepionkę jako przyczynę autyzmu.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby za artykułem Wakefielda poszły dalsze badania i gdyby bezsprzecznie udowodniono związek przyczynowo-skutkowy między potrójnym szczepieniem a autyzmem. Nic takiego się jednak nie stało.
Co więcej, w toku dziennikarskiego śledztwa i postępowania wyjaśniającego prowadzonego przez The Lancet wykazano dwie rzeczy: ukryty przez Wakefielda konflikt interesów i sfałszowanie przez niego danych.

Konflikt interesów był dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, wraz ojcem jednego z badanych dzieci Wakefield założył spółki, których celem było diagnozowanie „autystycznego zapalenia jelita cienkiego” – choroby wymyślonej przez Wakefielda i rzekomo wywoływanej przez szczepionkę MMR. Autor artykułu w The Lancet miał więc silną motywację, by uwiarygodnić tę rzekomą chorobę. Po drugie, rodzice dzieci, które opisano w artykule, planowali pozew zbiorowy przeciwko producentowi szczepionki MMR, a Wakefield pełnił rolę ich płatnego doradcy. Badacz był zatem dodatkowo zmotywowany, by wykazać, że szczepionka jest szkodliwa. I nie miał motywacji, by szukać ewentualnych innych przyczyn autyzmu. Całkiem pokaźny konflikt interesów i co najważniejsze – nieujawniony!

Jak napisałam wyżej, na konflikcie interesów się nie skończyło. Doszło jeszcze do sfałszowania danych. W jaki sposób? Troje z dziewięciorga dzieci, u których miano zdiagnozować autyzm w rzeczywistości nie miało takiej diagnozy! Została więc tylko szóstka dzieci, u których stwierdzono autyzm. Choć w artykule podano, że szczepienie miało miejsce nie więcej niż dwa tygodnie przed wystąpieniem objawów autyzmu, to śledztwo wykazało, że w części przypadków faktycznie było to parę miesięcy. Oznacza to mocne rozluźnienie związku czasowego między szczepionką a autyzmem. Wreszcie ostatnia kwestia: w artykule twierdzono, że przed szczepieniem wszystkie dzieci rozwijały się prawidłowo. Okazało się jednak, że u niektórych dzieci historię objawów zaburzeń rozwoju udokumentowano jeszcze przed szczepieniem! Tym samym, choć badanych ogółem była garstka (12), to osób z autyzmem było mniej, a osób z autyzmem rozpoznanym dopiero szczepieniu – jeszcze mniej.

Reasumując, śledztwo dziennikarskie i redakcji The Lancet, zdyskredytowało nie tylko wnioski tego badania, ale także podważyło wiarygodność badacza do tego stopnia, że Wakefield utracił prawo wykonywania zawodu lekarza w Wielkiej Brytanii.

Aż trudno uwierzyć, że lekarz, którego wiarygodność w świecie nauki stopniała praktycznie do zera, w innym środowisku mógł stać się bohaterem nie mimo, ale właśnie dzięki bezwartościowym wnioskom, jakie wyciągnął ze swojego badania.

Jest to fakt szczególnej wagi, bo historia Wakefielda nie jest unikalna. W ostatnich mocno stresujących miesiącach, kiedy doświadczamy rozprzestrzeniającej się na całym świecie pandemii Covid-19, ruch antyszczepionkowy rośnie w siłę znajdując wspólny język z teoriami spiskowymi na temat koronawirusa. Wydaje się, że Wakefield ma już „godnych” następców, choćby w postaci równie jak on zdyskredytowanej badaczki Judy Mikovitz, która na wycofanym badaniu robi „bohaterską” karierę antysystemowej postaci rzekomo „prześladowanej” przez wysoko postawionych ludzi polityczno-naukowego establishmentu.

Portret antyszczepionkowca, czyli obiecane motywacje

Autor posłużył się badaniem CBOS z września 2017 roku „Polacy o obowiązku szczepienia dzieci” i badaniami psychologicznymi, które opisał jako współautor artykułu „Raport przed epidemią” opublikowanego w Tygodniku Powszechnym

Po pierwsze, Łamża twierdzi, że media posługują się błędnym i szkodliwym uproszczeniem twierdząc, że “antyszczepionkowiec” to osoba, która jest przeciwna szczepieniom po prostu z braku wiedzy i niezdolności do jej zdobycia. Innymi słowy, że jest głupim ignorantem. Jak przekonuje Łamża, choć przypięcie etykiety „antyszczepionkowiec” zachęca do uogólnień, osób przeciwnych szczepieniom nie można zaklasyfikować do jednego profilu psychologicznego ani do jednego zestawu przekonań. Nie można też, jak sądzę, przypisać ich do jednego (czytaj niskiego) poziomu inteligencji. W tej grupie znajdziemy więc różne motywacje, różny poziom wiedzy i inteligencji i różny poziom sprzeciwu wobec szczepień.

Najczęstszą przyczyną obaw są niepożądane odczyny poszczepienne – NOPy. Aż 10 % badanych w 2017 r. przez CBOS Polaków nie zgadza się ze zdaniem „szczepionki dla dzieci są bezpieczne”). Odczyny poszczepienne faktycznie czasem występują. Problem nie polega więc na zwracaniu uwagi na istnienie takich odczynów i chęci ich monitorowania. Błąd popełniamy dopiero wtedy, gdy wyolbrzymiamy ryzyko wystąpienia NOPów, i gdy wydaje się nam, że wśród NOPów najczęstsze są nasilone objawy, groźne dla zdrowia. Szczepionki są tu trochę ofiarą swojej skuteczności, bo pozwalają zapomnieć o chorobach, przed którymi chronią, a zatem także o ryzykach, jakie niosą ze sobą te choroby. Co z oczu to z serca. Z kolei czasem niezbyt przyjemny kontakt ze służbą zdrowia może wzmagać naszą bieżącą nieufność i sprawiać wrażenie, że to właśnie niepożądany odczyn poszczepienny jest na wyciągnięcie ręki (wyposażonej w strzykawkę, na widok której nasze dziecko zazwyczaj nie jest szczęśliwe).

Niechęć do szczepionek wynika też z braku zaufania do przemysłu farmaceutycznego. Panuje przekonanie, że szczepienia są promowane nie dlatego, że są rzeczywiście potrzebne, lecz w interesie koncernów farmaceutycznych (31 procent Polaków w badaniu CBOS). Ograniczone zaufanie do przemysłu farmaceutycznego i do badaczy zaangażowanych w badania i testy finansowane przez producentów leków jest całkiem zdrowym objawem. Problem pojawia się wtedy, gdy nie umiemy działać w obliczu ograniczonej pewności i robimy zwrot o 180 stopni przekreślając istotne zdobycze nauki. Tu też pojawia się paradoks zaufania do Andrew Wakefielda: swoim zachowaniem pokazał on chyba najgorsze, co może się zdarzyć w wykonaniu badacza na styku nauki i pieniędzy (stronniczość, nieuczciwość, brak pokory) i czego ludzie niechętni przemysłowi farmaceutycznemu tak bardzo się obawiają, a równocześnie zyskał poparcie tych ludzi.

O tym, że posiadania 100% pewności jest dziś nieosiągalne, i że chcąc być racjonalni i skuteczni musimy działać w oparciu o dane, które dają nam „tylko” duże prawdopodobieństwo, Łamża pisze w rozdziale o zmianach klimatycznych. Kwestia ta jest jednak bardzo uniwersalna i ma zastosowanie również w temacie zdrowia i chorób. Faktycznie, medycyna oparta na dowodach nie daje nigdy stuprocentowej pewności co do efektywności i bezpieczeństwa leków i szczepionek opracowanych w toku badań i testów. Co więcej, jej niewątpliwe powiązanie z przemysłem farmaceutycznym stwarza możliwość stronniczości i nieuczciwości.

Niemniej tylko medycyna oparta na dowodach naukowych realizowana zgodnie z wypracowanymi zasadami (randomizowane badania kontrolne, replikowanie badań, recenzje naukowe, metaanalizy, konsensus naukowy) pozwalają najskuteczniej ograniczać i wykrywać stronniczość i nieuczciwość. Dane oparte na relacjach pojedynczych pacjentów czy zapewnieniach pojedynczych lekarzy, choć bardziej zrozumiałe niż statystyka, dają złudną pewność, nie pozwalają eliminować stronniczości (wręcz do niej zachęcają) ani nieuczciwości (ryzyko istnieje, bo są zachęty finansowe). Sceptycyzm jest słuszną postawą, ale czasem, przyjmuje formę wygodnego, jednostronnego uproszczenia. Nie mogąc znieść niepewności uciekamy w ramiona tych, którzy błędnie zapewniają nas, że tę pewność posiadają.

Na szczęście tylko 5% Polaków uważa, że szczepionki mogą wywoływać autyzm, zaś pośród tych, którzy wyrażają obawy wobec NOP-ów, ostatecznie tylko niektórzy nie szczepią swoich dzieci.

Do sprzeciwu wobec szczepień zbliżają również wyznawane wartości, szczególnie takie jak „indywidualizm medyczny”, wrażliwość na posiadanie i ochronę wolności obywatelskich, przekonanie, że za własne zdrowie odpowiada się samemu i nie oddaje się tego w cudze (lekarskie) ręce. Tutaj autor namawia do przyjrzenia się kwestiom związanym z odpornością „stadną”, którą populacja nabywa wraz z zaszczepieniem odpowiedniego odsetka osób. Życie w społeczeństwie, w regularnym kontakcie z innymi ludźmi, nie jest możliwe wyłącznie w oparciu o indywidualizm i niczym nieograniczoną wolność. Zaprzeczając temu, ostatecznie zaszkodzimy tym innym i samym sobie.

Szczepię się, więc jestem super racjonalna?

Czy jeśli popieram szczepienia i śmieję się z antyszczepionkowców, to czyni to ze mnie racjonalną, myślącą osobę, której nie dotyczą uprzedzenia, uogólnienia i działanie pod wpływem emocji? Ano nie. Ja wtedy też upraszczam: sobie życie i komuś wizerunek. I na dodatek podnoszę sobie samoocenę – „jestem lepsza, mnie to nie dotyczy”. I być może, równocześnie, przymykam oko na jakieś inne własne uprzedzenia i uogólnienia.

Krytyczne myślenie wymaga podwójnego wysiłku: po pierwsze dostrzeżenia, że każda grupa (szczególnie jeśli do niej nie należę) jest bardziej zróżnicowana niż (mi) się na pierwszy rzut oka wydaje. Na przykład nie wszyscy, którzy obawiają się NOPów ostatecznie nie szczepią dzieci, nie wszyscy przeciwnicy szczepień wierzą, że Wakefield miał rację, itp. Po drugie, trzeba pamiętać, że błędy poznawcze, które widzimy u innych u nas samych też występują (chyba, że podejrzewamy się o przynależność do gatunku innego niż Homo sapiens). Nie znaczy to jednak, że skoro wszyscy możemy się mylić to wszystkie opinie są równoważne. Do tego właśnie mamy naukę i zasady sprawdzania prawdopodobieństwa, by wiedzieć, że rozsądniej jest polegać na konsensusie naukowym niż na opinii pojedynczej osoby (choćby naukowca), nawet jeśli bardzo nam się (ta opinia/charyzma naukowca) podoba.

Krytyczne myślenie w propagowaniu weganizmu

Jak to się odnosi do praw zwierząt i weganizmu? Tutaj też mamy zaangażowane wartości, silne emocje i pragnienie, by wszystko było jednoznaczne i proste. Myślimy, że skoro weganizm jest etycznie pożądany, to dieta roślinna musi być jedyną optymalną opcją dla zdrowia ludzi. Wcale tak nie jest. Myślimy, że skoro produkcja zwierzęca oznacza krzywdzenie zwierząt, to jedzenie produktów odzwierzęcych musi być szkodliwe dla ludzi. To dużo bardziej skomplikowane. Myślimy, że skoro weganizm jest etycznie pożądany to uogólnienia na temat diety roślinnej „jedz rośliny a składniki odżywcze same się skomponują” będą ok. Nie, nie będą.

Podążając za wartościami stajemy się stronniczy i poddajemy się prostym i jednoznacznym narracjom, co na dłuższą metę nie służy ani ludziom ani zwierzętom pozaludzkim. Ponieważ propagowanie weganizmu jest nierozłącznie związane z propagowaniem diety roślinnej, musi mieć silne oparcie w dietetyce opartej na dowodach naukowych, nie na czyichś mrzonkach. O tym jednak więcej w innym wpisie.

A tymczasem, niech moc krytycznego myślenia będzie z wami (i ze mną) w tych trudnych czasach.

Czytaj dalej: